niedziela, 10 czerwca 2012
Mroczny sekret cz. 2
Dzwonek już dawno zabrzmiał, a ja dopiero wpadłam zdyszana na lekcję. Pani Hamilton nakazała gestem dłoni żebym szybko zajęła swoje miejsce. Starałam się bez szeleśnie przedostać do mojej ławki w której Amy już na mnie czekała.
-Coś mnie ominęło ? –szepnęłam do przyjaciółki, wyciągając książki. Pokiwała tylko przecząco głową i znów opadła zmęczona na ławkę. No tak. Poranny wysiłek nie był jej mocną stroną. Ja również byłam dzisiaj ledwo żywa. Zasnęłam dopiero nad ranem, a mój budzik najwyraźniej nie stanął na wysokości zadania. Wczorajsze wydarzenie przestało mnie tak natarczywie męczyć. Po prostu muszę zająć się czymś innym i w końcu zapomnę, że zostałam zaatakowana przez…psychopatę z kłami. Dzisiejszy dzień, miejmy nadzieje, będzie lepszy.
-Ktoś chętny do odpowiedzi ? – pani Hamilton wstała zza biurka. Zaczęła swoje polowanie na ofiarę. Wszyscy unikali kontaktu wzrokowego, modląc się aby pozostać niezauważonym.
- W takim razie skoro nikt się nie zgłasza…Rachel Carsley - Świetnie. Ten dzień jednak nie skończy się dobrze. Podeszłam do mapy stojącej przed tablicą . Amy dalej spała, a reszta odetchnęła z ulgą, że to na mnie padło, a nie na nich. Na geografii co lekcję nauczycielka odpytywała kogoś z położenia rzek, wysp, miast i innych beznadziejnych rzeczy.
-Pokaż mi, gdzie znajduje się rzeka Tag ? –poleciła. Wskazałam palcem niebieską linię na środku Hiszpanii.
- Dobrze. A Kosowo ? – przeniosłam rękę dość niewielka plamę koło Chorwacji. Pani Hamilton otwierała już usta aby zadać mi kolejne pytanie ale w tym czasie drzwi od klasy się otworzyły. W progu stanęła postać ubrana cała na czarno. Skórzana kurtka zapewne była firmowa. Włosy trochę zmierzwione opadały na przeciwsłoneczne okulary. Ten widok wydałam mi się niepokojąco znajomy.
-Zapomniałam wam powiedzieć, James Cavarialli, będzie naszym nowym uczniem – uśmiechnęła się entuzjastycznie do klasy, a mi momentalnie serce podskoczyło do gardła.
Wieczór. Uliczka. Psychopatyczny blondyn o błękitno-lodowatych oczach. Błyskawicznie skierowałam się do swojej ławki, potykając się o pozostawione na ziemi torby. Nikt nie zwracał na to uwagi. Żeńska część klasy była oczarowana przystojnym przybyszem, a męska miała to po prostu gdzieś.
- Ale ciacho - pisnęła Amy podekscytowana - co jest ? Wyglądasz jakbyś zobaczyła ducha ? - Szturchnęła mnie w ramie nie odrywając wzroku od Jamesa. Nie powiedziałam jej co się wydarzyło, kiedy wracałam do domu. Dostałabym od niej porządny wykład, żeby następnym razem nie zapuszczać się w takie miejsca tylko jechać z nią. Teraz nie miało to większego znaczenia. Ten psychopata będzie chodzić do naszej szkoły! Czy dyrektorka nie sprawdza kart nowo przyjmowanych uczniów ? Skuliłam się na krześle. To musi być jakiś zły sen. Musi.
-Proszę, zajmij miejsce w drugiej ławce – poleciła mu nauczycielka. Szedł w naszą stronę. Był już przy swojej ławce. Ściągnął okulary i spojrzał na mnie. Tymi swoimi błękitnymi, zimnymi, tajemniczymi oczami. Nie miałam żadnych wątpliwości, że to na niego natknęłam się wczoraj. Usiadł przede mną. W klasie ciągle panował mały harmider, a ja poczułam, że temperatura znacznie spadła. Myśli, że w szkole jest mnóstwo osób uspokajała mnie na tyle by wysiedzieć na lekcji. Pani Hamilton mówiła coś jeszcze, ale zupełnie się wyłączyłam.
Kiedy zadzwonił dzwonek, prawdopodobnie pierwsza wybiegłam z sali. Udałam się do swojej szafki gdzie zostawiłam część książek. Wyciągnęłam komórkę i wybrałam numer do cioci. Całą przerwę usiłowałam się do niej dodzwonić ale bez skutku. Miałam nadzieje, że uwierzy mi , że źle się czuje i zwolni z lekcji. Ale jak zwykle w pracy miała wyłączony telefon. Niechętnie poszłam na hiszpański. Oczywiście byłam już spóźniona. Weszłam do Sali w trakcie sprawdzania obecności. Na chwilę przystanęłam rozglądając się za wolnym miejscem. Tylko ostatnia ławka była wolna…obok Niego.
-Panno Carsley, przypominam , że lekcja już trwa –Nauczyciel popukał palcem w swój złoty zegarek. Wzięłam głęboki wdech ruszyłam na koniec sali. Rzuciłam torbę na ziemie i odsunęłam krzesło najdalej jak się tylko dało. Ukradkiem zerknęłam na Jamesa, który arogancko siedział z krzyżowanymi rękami na piersi i wyciągniętymi nogami. Tak jakby zamierzał dać wszystkim do zrozumienia, że jest tu tylko z przymusu. W końcu ma inne ciekawe zajęcia….. jak napadanie ludzi w uliczkach.
-Każdy ma parę w ławce ? – zapytał swoim ochrypłym głosem nasz nauczyciel hiszpańskiego. Zsunął swoje okulary na czubek nosa i sięgnął po swoja kawę. Upił łyk i znów podniósł głowę.
-Dzisiaj napiszecie dość szczegółowy opis osoby z którą dzielicie stolik. Proszę aby pytania nie były zmyślone, a odpowiedzi banalnie proste. Jeżeli usłyszę, że ktoś nie zadaje pytań po hiszpańsku ocena w dół. Zrozumiano ?
-Tak jest – odpowiedzieli chórem jak w wojsku. Nie dość, że hiszpański szedł mi najgorzej to jeszcze zmuszona jestem do rozmowy z tym psychopatą. Miriam oczywiście obrzuciła mnie jadowitym spojrzeniem. Chętnie bym się z nią zamieniła, naprawdę. Ale pan Wiliams nie tolerował przesiadania się z miejsca na miejsce. Wszyscy wiedzieli, że w weekendy nadużywał alkoholu po tym jak jego żona odeszła do innego. Dlatego teraz wyżywał się na nas.
W klasie powoli zaczynały się szmery hiszpańskich rozmów. Sekundy zmieniały się w minuty, które trwały wieczność. Nie mogę przecież całą lekcje siedzieć jak na szpilkach i gapiąc się na zegarek.
Nagle mój sąsiad z ławki nieco przysunął się w moją stronę. Za mną była już tylko ściana ,więc jedynie wcisnęłam nogi pod krzesło. Obrzucił mnie leniwie wzrokiem, a następnie wziął swój zeszyt i długopis do ręki. Zrobiłam to samo. Kiedy ujęłam długopis, spostrzegłam, że dłonie mi drżą. Bałam się. Odłożyłam rzeczy z powrotem na ławkę, a ręce nerwowo splotłam na kolanach.
- Jak się nazywasz ? – spytał niskim, a zarazem aksamitnym tonem głosu, przygotowując długopis. Ku mojemu zaskoczeniu potrafił mówić po hiszpańsku.
-Rachel Carsley.– odpowiedziałam siląc się aby mój głos nie zadrżał ani razu. Przełknęłam gulę powstałą w gardle. Na chwile zapadło niezręczne milczenie. Odchrząknęłam.
- A ty jak masz na nazwisko ? To tak, gdybym zamierzała pójść na policje– powiedziałam prosto z mostu. Dopiero teraz wbiłam w niego twarde spojrzenie. Na jego twarzy zaskoczenie, szybko ustąpiło miejsca irytacji. Zmrużył oczy, tak że jego długie rzęsy rzucały cień na blade policzki.
-Nie wiem o czym mówisz – oznajmił szczerząc się bezczelnie.
-Chciałeś mnie okraść, zgwałcić, a potem zamordować ? – spytałam niepewnie i wbiłam wzrok w swój zeszyt. Usłyszałam jak próbuję stłamsić sarkastyczny śmiech. Boże, a jeżeli to wszystko sobie zmyśliłam i wychodzę teraz na totalną idiotkę?
- Nie rozpędzaj się tak – powiedział rozbawiony. Spojrzałam na niego nie wiedząc o co mu chodzi. Nachylił się w moją stronę, a ja zastygłam w bezruchu.
-Chciałem cię tylko zabić – szepnął mi do ucha łagodnym głosem. Nie takiej odpowiedzi się spodziewałam. Poczułam jak włoski na karku mi się zjeżyły. Nawet nie zaprzeczył. Potrzebowałam świeżego powietrza, szybko. Naglę wybuchnął głośnym śmiechem. Część klasy odwróciła się w naszą stronę zaciekawiona.
- Proszę o spokój. Za dziesięć minut sprawdzam wasze zadanie – burknął na wszystkich nauczyciel.
-Jesteś naprawdę nienormalna – skwitował na koniec w moją stronę. Czyli wcześniej żartował. Zrobiło mi się głupio. Chociaż nie. Dobrze pamiętałam co się wydarzyło. Nie trudno zapamiętać przystojnego psychopatę. Pan Williams zbierał już od wszystkich kartki, ale udało mi się go ubłagać żeby przynieś zadanie na następny tydzień. James jakimś cudem miał coś napisane. Przez resztę lekcji umiejętnie mnie olewał, a ja jego. Tak było najlepiej dla wszystkich.
Następny w planie był w-f. Dopiero zbliżał się koniec września więc obawiałam się, że pójdziemy biegać na bieżnie za szkołą.
- I jak było na lekcji z nowym przystojniakiem ? – zagadnęła Amy ściągając bluzkę. W szatni wszystkie dziewczyny dyskretnie próbowały podsłuchiwać .
-Nie zdziwię się jak zmieni szkołę, skoro musiał wytrzymać z tobą wieśniaczką - wtrąciła swoje trzy grosze Miriam. Weszła dopiero do szatni, trzymając na wyciągniętej ręce, zapewne torebkę z najnowszej kolekcji. Jej wytuszowane rzęsy wywijały się pod same brwi, a blond włosy miała spięte w koka na czubku głowy. Jak zwykle miała na sobie tonę makijażu, ale nawet najdroższa szminka nie zakryje jej sukowatego charakteru.
-A co, zazdrosna ? Przecież ty masz chłopaka - Amy uderzyła w jej słaby punkt. Miriam wydęła wargi i szybko nas wyminęła. Jej świta ruszyła za nią na koniec szatni. Starszy brat Amy, Matt był na tyle głupi żeby chodzić z Miriam. Ale najwyraźniej jemu odpowiadała pusta lala, a ona miała się czym chwalić przed znajomymi. Oczywiście wszyscy wiedzieliśmy, że niewidzialną liną trzymającą ich przy sobie był tylko i wyłącznie seks.
W-f jednak mieliśmy na sali. Deszcz luną niespodziewanie, jednocześnie ratując nas wszystkich. Na jednej połowie sali chłopacy już dawno grali w kosza.
Po krótkiej rozgrzewce, trenerka kazała ustawić się nam w szeregu.
- Zrobicie pięć okrążeni, na ocenę. Będę wam mierzyć, czas więc lepiej się zmobilizujcie – powiedziała.
Wszystkie zaczęły mamrotać coś z dezaprobata.
-A sama niech sobie biega, stara purchawa – Amy jak zwykle kąśliwie ją skomentowała.
-Oj, no chodź już – poklepałam ją ochoczą po plecach i ustawiłyśmy się wraz z innymi dziewczynami na niebieskiej linii. Niespodziewanie gwizdek dał znać , że musimy biec. Dopiero po pierwszym okrążeniu zrobiło się więcej miejsca. Amy wraz z Susan były na samym przodzie. Reszta dziewczyn trzymała od siebie dość dużą odległość i tylko niektóre usilnie próbowały je wyprzedzić. Przez całe gimnazjum moja aktywność na wychowaniu fizycznym nie był całkiem dobra. Jednak nie. Nie było żadnej aktywności. Próbowałam jak się tylko dało omijać te lekcje szerokim łukiem. Nic nie wskazywało na to, że w liceum coś się zmieni. Chociaż…
Zaczynało się ostatnie okrążenie więc przyśpieszyłam. Jeszcze tylko sto dwadzieścia metrów. Przede mną były tylko trzy dziewczyny, nie licząc Amy i Susan które już były na mecie. Zbliżałam się do postaci w różowym dresie. Miriam. Siedemdziesiąt metrów. Minęłam ją. Czterdzieści metrów. Słyszałam za sobą, że Miriam nie zamierza odpuścić. Nagle bezwarunkowo robiąc kolejny krok, poczułam jakąś blokadę. Moja stopa wygięła się pod nienaturalnym kontem i było już za późno żeby złapać równowagę. Krzyknęłam. Zaczęłam lecieć na ziemie. Na sekundę zrobiło mi się ciemno przed oczami, a kiedy się ocknęłam leżałam skulona obejmując dłońmi swoją kostkę. Nade mną utworzył się wianuszek dziewcząt. Ktoś chwycił mnie za ramię, pomagając wstać. Odwróciłam się i ujrzałam pochylającego się nade mną Jamesa.
-Nie dotykaj mnie !!! – wrzasnęłam, odpychając jego rękę jak oparzona. Przez chwile zastygł w bezruch. Na jego twarzy, tak jak na wszystkich w ogół pojawiło się zdziwienie. Zagryzłam nerwowo wargę uświadamiając sobie, że wszyscy patrzą na mnie jak na idiotkę. James zawrócił, jednocześnie kręcąc palcem kółka przy głowie znaczące, że jest z mną coś nie tak. Wstałam i z zimną krwią, kuśtykając, wyminęłam gapiów i ruszyłam do szatni. Czułam się strasznie.
-Dasz radę pójść do pielęgniarki ? – spytała trenerka, która dopiero teraz raczyła się podejść do mnie. Kiwnęłam głową. Amy dobiegła do mnie, chwytając za łokieć.
-Wszystko w porządku ?
-Nic mi nie jest–wytarłam dłonią mokry policzek.
Opadłam na ławkę w szatni. Mimo, że najostrożniej próbowałam ściągnąć dres to pulsujący ból w kostce się nasilał. Zdjęłam przepocony top i wciągnęłam na siebie fioletową, za duża bluzkę, grającą role tuniki i leginsy.
-Co tam właściwie się stało? –spytała Amy w drodze do pielęgniarki.
-Miriam podstawiła mi haka. Na twoim miejscu zaczęła bym coś działać, bo w końcu zostaniecie rodziną – wiedziałam, że nie o to jej chodziło, tylko o moja reakcję na James. Ale nie zamierzałam jej teraz tego tłumaczyć.
-Nawet mi nie przypominaj. Jeszcze dziś załatwię żeby rzucił te wiedźmę za nim następnym razem obleje nas kwasem. Słuchaj, musze wracać na lekcje, dasz sobie radę czy wejść z tobą? –zatrzymałyśmy się przed gabinetem.
-Nie mam już pięciu lat… – wzniosłam oczy do nieba.
-Oj to źle, że się o ciebie martwię ?
- Tak- zażartowałam, a ona zrobiła minę zbitego psa. Zapukała do drzwi i nie czekając na odpowiedź otworzyła je i wepchnęła mnie do środka.
-To tak na wszelki wypadek jakbyś zamierzała zwiać – zachichotała, zostawiając mnie samą ze szkolną pigułą.
-Na szczęście to tylko stłuczenie – oznajmiła po dziesięciu minutach, kiedy zabandażowała mi już kostkę -Proszę, wypisałam ci zwolnienie z reszty lekcji. Przyjedzie ktoś po ciebie ? – wręczyła mi małą, niewyraźnie zapisaną karteczkę.
-Wezmę taksówkę i dziękuje za zwolnienie – uśmiechnęłam się do niej serdecznie i ruszyłam do wyjścia.
Kiedy zamknęłam za sobą drzwi, schyliłam się aby zawiązać swoje trampki. Wyprostowałam się i nie zrobiłam jeszcze jednego kroku, kiedy przede mną jak spod ziemi wyrosła czarna postać. Zadarłam głowę do góry żeby rozpoznać nieznajomego. Gabinet pielęgniarki od głównego korytarza oddzielał mały przedsionek dla którego szkoła skąpiła na oświetlenie. Ale te oczy rozpoznałabym wszędzie.
- Co pamiętasz ? – spytał twardym tonem .
-Muszę iść – zrobiłam krok w prawo ale on zrobił to samo tyle, że z większą gracją.
-Najpierw powiesz mi co pamiętasz – oparł ręce o ścianę nad moim ramionami. Serce zaczęło mi wali jak szalone.
-Wszystko – odezwałam się po dłuższej chwili, łapiąc trochę powietrza – pamiętam wszystko.
-Co dokładnie? – przechylił na bok głowę, świdrując mnie badawczym wzrokiem. Z każdą sekundą jego usta coraz bardziej zaciskały się w pionową linię. Moje spojrzenie na chwile zatrzymało się właśnie na tych ustach, z pomiędzy których wczoraj wystawały kły.
-To niemożliwe –szepnęłam do siebie. Powoli kąciki jego ust zaczęły unosić się w arogancki uśmiech.
-Niemożliwe jest to, że kazałem ci do cholery zapomnieć! Jakim cudem wszystko pamiętasz ? ! - warknął na mnie. W oczach zaczęły tańczyć mu wściekłe iskierki. I jednak nie zwariowałam . Ale to by znaczyło…
- Przecież to niemożliwe to..
-Jeżeli komuś piśniesz choć słówko, to przy pierwszej lepszej okazji cię zabiję. Zrozumiałaś ? – zmrużył oczy i odsunął się nieco. Stałam jak wryta. Moje gardło zacisnęło się tak bardzo, że nie byłam w stanie wydusić z siebie słowa. Pokiwałam głową.
-Dobrze, że się rozumiemy – wyszczerzył zęby w jadowity uśmiech, obrócił się na pięcie i po prostu znikł.
sobota, 2 czerwca 2012
Mroczny sekret cz. 1
Rozdział 1.
-Rachel ! Pośpiesz się ! – krzyknęła z dołu Amy. Odgłos otwierani lodówki oznaczał , że spokojnie mogę trochę zwolnić. Włożyłam na siebie standardowo czarne leginsy i długą czarną bluzkę z ikoną londyńskiej uliczki. Przeczesałam swoje długie, ciemnobrązowe włosy i byłam gotowa. Wcześniej zdążyłam też podmalować oczy czarną kredką. Chwyciłam swoja torbę i zbiegłam po schodach, obejmując po dwa stopnie. Usiadłam przy stole naprzeciwko przyjaciółki.
-Słuchaj, może przełożymy to kino na kiedy indziej, co ? – spytałam, nie kryjąc niechęci do tego pomysłu. Amy konsumując kolejny kawałek ciasta, pokiwała tylko głową marszcząc groźnie brwi.
-Idziemy, idziemy - zakomunikowała entuzjastycznie, kiedy połknęła ostatni kęs. Dzisiaj o 20.00 miała być premiera jakiegoś filmu, w którym grał jej ulubiony aktor. Szczerze wolałabym zostać w domu i pouczyć się do jutrzejszego testu z matematyki. Nasza kochana pani Gradson dopiero dzisiaj nam o tym powiedziała.
-Pamiętasz, że jutro jest test ?
- Oczywiście, ale to ja powinnam się nim martwić, a nie ty. Rachel, uwierz. U ciebie jedna trójka nie narobi wiele szkód, a jedynie dowiedzie, że jesteś normalna – zaśmiała się. Może miała trochę racji. Miałam bardzo dobre oceny, a na takim teście na pewno nie będzie czegoś, czego bym nie wiedziała. Wzięłam ze stołu pieniądze zostawione przez ciocię Katy. Obok leżała karteczka ,, Wrócę późno. Nie czekaj z kolacją. Kocham cię ‘’ .
-To idziemy już ? Autobus nam ucieknie – Amy z niecierpliwością stała już w progu opierając się o drzwi.
-Tak, chodźmy – sięgnęłam po swoją torbę i ruszyłam do wyjścia.
Wszyscy wychodzili z kina, głośno komentując film. Zapach popcornu wciąż wypełniał budynek.
-A to zakończenie... wspaniałe ! Tak wygląda prawdziwa miłość – Amy teatralnie ułożyła ręce na sercu i przymknęła powieki. Kiwnęłam głową na znak, że wciąż ją słucham. Na dworze było już zupełnie ciemno. Trzy godziny zmarnowane. Szłyśmy teraz wolno w stronę przystanku. Po Amy i tak miała przyjechać mama, gdyż mieszkała ona poza miastem w małym, wiejskim domku.
-O, już jest –wskazała dwie plamy jasnego światła zbliżające się do nas. Samochód zatrzymał się przy krawężniku.
-Odwieź cię ? – spytała Amy otwierając drzwi. Jej mama uśmiechnęła się do mnie na powitanie.
-Dzięki ale wrócę autobusem.
-Na pewno ?
-Tak. Leć już.
-To do jutra – cmoknęła mnie w policzek i wsiadła do samochodu. Pomachałam jej kiedy odjeżdżała, aż w końcu znikła mi z oczu. Wyciągnęłam z torby komórkę. Zaświeciłam sobie nią na rozkład jazdy. Wiedziałam, że na autobus nie mam co liczyć, a spacer dobrze mi zrobi przed snem. Przez ostanie dni prawie nie spałam. Co noc mam koszmar z których prawie nic nie pamiętam. Potem budzę się rano cała spocona, wystraszona i ledwo łapię oddech jakbym przebiegła maraton.
Cały czas szłam główna ulicą przy firmowych sklepach z odzieżą. Wszystkie już dawno były zamknięte i tylko na wystawach widniały manekiny w kolorowych strojach. Co jakiś czas przejeżdżał tędy jakiś samochód. Powinnam jednak pojechać z Amy. Było zdecydowanie za późno i za ciemno na rekreacyjny spacer. Spojrzałam jeszcze raz na komórkę. Żadnych nieodebranych połączeń od cioci. Pewnie wróci po 01.00. Pracowała w radiu i dzisiaj miała na drugą zmianę. Zatrzymałam się na skrzyżowaniu. Jeśli pójdę w prawą stronę skrócę sobie drogę do domu. Tak, to dość dobry pomysł. Stare kamienice możliwe, że były opuszczone albo mieszkali w nich naprawdę biedni ludzie. Z ścian odchodziła farba, tynk, kawałki cegieł się wykruszały. Na niektórych piętrach brakowało okien, a przy ulicy świeciła co piąta latarnia. Wszystko było zapuszczone i brudne. Nagle w oddali zobaczyłam jakąś postać opierając się o zaparkowany samochód naprzeciwko kantoru. Przyśpieszyłam nieco kroku, aby jak zbliżę się do nieznajomego szybko go minąć. Byłam coraz bliżej. O samochód niedbale opierał się jakiś nastolatek.
-Gdzie ci się tak śpieszy? – spytał nieznajomy tarasując mi przejście. Chodnik i tak był dość wąski, tym bardziej kiedy czarny Jeep zaparkowany był praktycznie na jego połowie.
- Do domu. Przepraszam… – chciałam go wyminąć ale on znów przesunął się w tą samą stronę co ja. Było zbyt ciemno, a on miał ciągle lekko pochyloną głowę tak , że jego blond, zmierzwione włosy zasłaniały mu oczy. Niedobrze. Rozejrzałam się dookoła ale nie było tu żywej duszy. Nawet psa ze złamaną nogą. A jeżeli to jakiś ćpun psychopata? Odwróciłam się na pięcie. Nie zrobiłam jeszcze kroku, kiedy zostałam brutalnie pociągnięta za ramie w tył. Krzyknęłam. Zalazłam się w przejściu miedzy blokami. Pod plecami czułam wbijającą się w moją skórę nierówną ścianę. Blondyn trzymał mnie za ramiona.
-Puszczaj mnie ! – zaczęłam się szarpać , ale on nawet nie drgnął. Mój żołądek kurczył się coraz bardziej. W końcu nieznajomy spojrzał mi w oczy. Światło latarni tutaj nie sięgało, a mimo do dostrzegłam, że jego oczy były koloru zimnego błękitu. Zaczął przyglądać mi się jakbym była jakimś towarem. Na jego ustach pojawił się uśmiech.
- Puszczaj mnie, słyszysz ! Pomocy!!!
-Spokojnie. Możesz krzyczeć ile chcesz, ale nikt tutaj nie przyjdzie – wyszczerzył zęby w jadowity uśmiech. Zaczęłam panikować. Miał racje. Nikt nie przyjdzie. W tej okolicy pewnie przyzwyczaili się do dziwnych odgłosów w nocy. Dlaczego byłam taka głupia, że wybrałam tą drogę ? Chłopak przysunął się bliżej mnie. Boże, on mógł być nico starszy ode mnie. Zarobiło mi się niedobrze, kiedy jego dłoń znalazł się przy mojej szyi, a następnie zsuwała się coraz niżej. Tak bardzo chciałam znaleźć się już domu. W jakimś bezpiecznym miejscu. Przysunął się jeszcze bliżej, zamarłam. Jego usta zbliżały się do mojej szyi , jedną ręką ciągle trzymał mnie za ramię, a drugą dotykał moich pleców. Tak bardzo się bałam. Zamknęłam oczy, powstrzymując łzy. Może to tylko zły sen, i zaraz się obudzę…
- James! Zostaw ją, nie mamy czasu ! – dobiegł mnie głos jakiegoś mężczyzny. Mój oprawca odsunął się nieco od mnie. Spojrzał na mężczyznę czekającego przy samochodzie. Po chwili skierował wzrok na mnie. W jego oczach płonęły iskry, jak u jakiegoś zwierzęcia polującego na swoją ofiarę. Zaśmiał się głośno ukazując białe zęby i .. kły ! Znów krzyknęłam. Rzuciłam się do ucieczki, ale on tylko pchnął mnie znowu na ścianę. Syknęłam z bólu. Złapał mnie za podbródek, zmuszając mnie żebym uniosła głowę.
-Zapomnisz o ty co tutaj się stało. Zapomnisz, że mnie spotkałaś - jego źrenice rozszerzyły się, pochłaniając tęczówki. Mówił wolno, niskim głosem. Naglę odsuną się o krok i .. znikł.
Po chwili usłyszałam gwałtowny warkot silnika. Samochodu też już nie było.
Przez chwile stałam w bezruchu. Wzięłam kilka głębokich wdechów aby się uspokoić. Wiatr zatrząsnął kartonami leżącymi przy śmietniku. Wybiegłam stamtąd na ulicę. Zaczęłam biegnąć w stronę swojego domu. Poziom adrenaliny miałam zapewne tak wysoki , że nie czułam zmęczenia. Co jakiś czas potykałam się o nierówny chodnik ale nawet na moment się nie zatrzymywałam. Po dziesięciu minutach znalazłam się na moim osiedlu. Na końcu drogi stał mój dom. Tu przynajmniej wszystkie latarnie działały jak trzeba. Stanęłam na werandzie szukając kluczy. Po chwili uradował mnie charakterystyczny odgłos odblokowania zamka. Rzuciłam swoją torbę przy schodach. Cioci jeszcze nie było, więc na wszelki wypadek sprawdziłam również czy wszystkie okna są pozamykane. Kiedy znalazłam się w swoim pokoju opadłam na łóżko. Serce waliło mi jak oszalałe. W myślach znów stanął mi obraz tego psychopaty. Jego zęby, kły… Nie, to nie możliwe. Wyglądał jak wampir. Nie, musiało mi się przywidzieć. W łazience ściągnęłam ubrania i wrzuciłam do kosza na brudną bieliznę. Weszłam pod prysznic i odkręciłam gorącą wodę. Przyłapałam się na tym, że wciąż się trzęsę. Dalej byłam przerażona. Zamknęłam oczy i znów ujrzałam jego twarz i te kły. Boże, moja wyobraźnia zaczyna płatać mi figle. Zarzuciłam na siebie ręcznik i zostawiając na podłodze mokre ślady wróciłam do pokoju gdzie przebrałam się w piżamę. Może powinna zadzwonić do cioci ? Ale przecież nic mi nie jest. Nie będę niepotrzebnie jej martwić. Położyłam się do łóżka i przykryłam kołdrą. Wtuliłam głowę w poduszkę próbując o tym wszystkim zapomnieć. Jutro będzie nowy dzień. Po prostu następnym razem nie będę wracać nieciekawymi uliczkami. Powtarzałam sobie , że wszystko jest w porządku aż w końcu usnęłam.
-Rachel ! Pośpiesz się ! – krzyknęła z dołu Amy. Odgłos otwierani lodówki oznaczał , że spokojnie mogę trochę zwolnić. Włożyłam na siebie standardowo czarne leginsy i długą czarną bluzkę z ikoną londyńskiej uliczki. Przeczesałam swoje długie, ciemnobrązowe włosy i byłam gotowa. Wcześniej zdążyłam też podmalować oczy czarną kredką. Chwyciłam swoja torbę i zbiegłam po schodach, obejmując po dwa stopnie. Usiadłam przy stole naprzeciwko przyjaciółki.
-Słuchaj, może przełożymy to kino na kiedy indziej, co ? – spytałam, nie kryjąc niechęci do tego pomysłu. Amy konsumując kolejny kawałek ciasta, pokiwała tylko głową marszcząc groźnie brwi.
-Idziemy, idziemy - zakomunikowała entuzjastycznie, kiedy połknęła ostatni kęs. Dzisiaj o 20.00 miała być premiera jakiegoś filmu, w którym grał jej ulubiony aktor. Szczerze wolałabym zostać w domu i pouczyć się do jutrzejszego testu z matematyki. Nasza kochana pani Gradson dopiero dzisiaj nam o tym powiedziała.
-Pamiętasz, że jutro jest test ?
- Oczywiście, ale to ja powinnam się nim martwić, a nie ty. Rachel, uwierz. U ciebie jedna trójka nie narobi wiele szkód, a jedynie dowiedzie, że jesteś normalna – zaśmiała się. Może miała trochę racji. Miałam bardzo dobre oceny, a na takim teście na pewno nie będzie czegoś, czego bym nie wiedziała. Wzięłam ze stołu pieniądze zostawione przez ciocię Katy. Obok leżała karteczka ,, Wrócę późno. Nie czekaj z kolacją. Kocham cię ‘’ .
-To idziemy już ? Autobus nam ucieknie – Amy z niecierpliwością stała już w progu opierając się o drzwi.
-Tak, chodźmy – sięgnęłam po swoją torbę i ruszyłam do wyjścia.
Wszyscy wychodzili z kina, głośno komentując film. Zapach popcornu wciąż wypełniał budynek.
-A to zakończenie... wspaniałe ! Tak wygląda prawdziwa miłość – Amy teatralnie ułożyła ręce na sercu i przymknęła powieki. Kiwnęłam głową na znak, że wciąż ją słucham. Na dworze było już zupełnie ciemno. Trzy godziny zmarnowane. Szłyśmy teraz wolno w stronę przystanku. Po Amy i tak miała przyjechać mama, gdyż mieszkała ona poza miastem w małym, wiejskim domku.
-O, już jest –wskazała dwie plamy jasnego światła zbliżające się do nas. Samochód zatrzymał się przy krawężniku.
-Odwieź cię ? – spytała Amy otwierając drzwi. Jej mama uśmiechnęła się do mnie na powitanie.
-Dzięki ale wrócę autobusem.
-Na pewno ?
-Tak. Leć już.
-To do jutra – cmoknęła mnie w policzek i wsiadła do samochodu. Pomachałam jej kiedy odjeżdżała, aż w końcu znikła mi z oczu. Wyciągnęłam z torby komórkę. Zaświeciłam sobie nią na rozkład jazdy. Wiedziałam, że na autobus nie mam co liczyć, a spacer dobrze mi zrobi przed snem. Przez ostanie dni prawie nie spałam. Co noc mam koszmar z których prawie nic nie pamiętam. Potem budzę się rano cała spocona, wystraszona i ledwo łapię oddech jakbym przebiegła maraton.
Cały czas szłam główna ulicą przy firmowych sklepach z odzieżą. Wszystkie już dawno były zamknięte i tylko na wystawach widniały manekiny w kolorowych strojach. Co jakiś czas przejeżdżał tędy jakiś samochód. Powinnam jednak pojechać z Amy. Było zdecydowanie za późno i za ciemno na rekreacyjny spacer. Spojrzałam jeszcze raz na komórkę. Żadnych nieodebranych połączeń od cioci. Pewnie wróci po 01.00. Pracowała w radiu i dzisiaj miała na drugą zmianę. Zatrzymałam się na skrzyżowaniu. Jeśli pójdę w prawą stronę skrócę sobie drogę do domu. Tak, to dość dobry pomysł. Stare kamienice możliwe, że były opuszczone albo mieszkali w nich naprawdę biedni ludzie. Z ścian odchodziła farba, tynk, kawałki cegieł się wykruszały. Na niektórych piętrach brakowało okien, a przy ulicy świeciła co piąta latarnia. Wszystko było zapuszczone i brudne. Nagle w oddali zobaczyłam jakąś postać opierając się o zaparkowany samochód naprzeciwko kantoru. Przyśpieszyłam nieco kroku, aby jak zbliżę się do nieznajomego szybko go minąć. Byłam coraz bliżej. O samochód niedbale opierał się jakiś nastolatek.
-Gdzie ci się tak śpieszy? – spytał nieznajomy tarasując mi przejście. Chodnik i tak był dość wąski, tym bardziej kiedy czarny Jeep zaparkowany był praktycznie na jego połowie.
- Do domu. Przepraszam… – chciałam go wyminąć ale on znów przesunął się w tą samą stronę co ja. Było zbyt ciemno, a on miał ciągle lekko pochyloną głowę tak , że jego blond, zmierzwione włosy zasłaniały mu oczy. Niedobrze. Rozejrzałam się dookoła ale nie było tu żywej duszy. Nawet psa ze złamaną nogą. A jeżeli to jakiś ćpun psychopata? Odwróciłam się na pięcie. Nie zrobiłam jeszcze kroku, kiedy zostałam brutalnie pociągnięta za ramie w tył. Krzyknęłam. Zalazłam się w przejściu miedzy blokami. Pod plecami czułam wbijającą się w moją skórę nierówną ścianę. Blondyn trzymał mnie za ramiona.
-Puszczaj mnie ! – zaczęłam się szarpać , ale on nawet nie drgnął. Mój żołądek kurczył się coraz bardziej. W końcu nieznajomy spojrzał mi w oczy. Światło latarni tutaj nie sięgało, a mimo do dostrzegłam, że jego oczy były koloru zimnego błękitu. Zaczął przyglądać mi się jakbym była jakimś towarem. Na jego ustach pojawił się uśmiech.
- Puszczaj mnie, słyszysz ! Pomocy!!!
-Spokojnie. Możesz krzyczeć ile chcesz, ale nikt tutaj nie przyjdzie – wyszczerzył zęby w jadowity uśmiech. Zaczęłam panikować. Miał racje. Nikt nie przyjdzie. W tej okolicy pewnie przyzwyczaili się do dziwnych odgłosów w nocy. Dlaczego byłam taka głupia, że wybrałam tą drogę ? Chłopak przysunął się bliżej mnie. Boże, on mógł być nico starszy ode mnie. Zarobiło mi się niedobrze, kiedy jego dłoń znalazł się przy mojej szyi, a następnie zsuwała się coraz niżej. Tak bardzo chciałam znaleźć się już domu. W jakimś bezpiecznym miejscu. Przysunął się jeszcze bliżej, zamarłam. Jego usta zbliżały się do mojej szyi , jedną ręką ciągle trzymał mnie za ramię, a drugą dotykał moich pleców. Tak bardzo się bałam. Zamknęłam oczy, powstrzymując łzy. Może to tylko zły sen, i zaraz się obudzę…
- James! Zostaw ją, nie mamy czasu ! – dobiegł mnie głos jakiegoś mężczyzny. Mój oprawca odsunął się nieco od mnie. Spojrzał na mężczyznę czekającego przy samochodzie. Po chwili skierował wzrok na mnie. W jego oczach płonęły iskry, jak u jakiegoś zwierzęcia polującego na swoją ofiarę. Zaśmiał się głośno ukazując białe zęby i .. kły ! Znów krzyknęłam. Rzuciłam się do ucieczki, ale on tylko pchnął mnie znowu na ścianę. Syknęłam z bólu. Złapał mnie za podbródek, zmuszając mnie żebym uniosła głowę.
-Zapomnisz o ty co tutaj się stało. Zapomnisz, że mnie spotkałaś - jego źrenice rozszerzyły się, pochłaniając tęczówki. Mówił wolno, niskim głosem. Naglę odsuną się o krok i .. znikł.
Po chwili usłyszałam gwałtowny warkot silnika. Samochodu też już nie było.
Przez chwile stałam w bezruchu. Wzięłam kilka głębokich wdechów aby się uspokoić. Wiatr zatrząsnął kartonami leżącymi przy śmietniku. Wybiegłam stamtąd na ulicę. Zaczęłam biegnąć w stronę swojego domu. Poziom adrenaliny miałam zapewne tak wysoki , że nie czułam zmęczenia. Co jakiś czas potykałam się o nierówny chodnik ale nawet na moment się nie zatrzymywałam. Po dziesięciu minutach znalazłam się na moim osiedlu. Na końcu drogi stał mój dom. Tu przynajmniej wszystkie latarnie działały jak trzeba. Stanęłam na werandzie szukając kluczy. Po chwili uradował mnie charakterystyczny odgłos odblokowania zamka. Rzuciłam swoją torbę przy schodach. Cioci jeszcze nie było, więc na wszelki wypadek sprawdziłam również czy wszystkie okna są pozamykane. Kiedy znalazłam się w swoim pokoju opadłam na łóżko. Serce waliło mi jak oszalałe. W myślach znów stanął mi obraz tego psychopaty. Jego zęby, kły… Nie, to nie możliwe. Wyglądał jak wampir. Nie, musiało mi się przywidzieć. W łazience ściągnęłam ubrania i wrzuciłam do kosza na brudną bieliznę. Weszłam pod prysznic i odkręciłam gorącą wodę. Przyłapałam się na tym, że wciąż się trzęsę. Dalej byłam przerażona. Zamknęłam oczy i znów ujrzałam jego twarz i te kły. Boże, moja wyobraźnia zaczyna płatać mi figle. Zarzuciłam na siebie ręcznik i zostawiając na podłodze mokre ślady wróciłam do pokoju gdzie przebrałam się w piżamę. Może powinna zadzwonić do cioci ? Ale przecież nic mi nie jest. Nie będę niepotrzebnie jej martwić. Położyłam się do łóżka i przykryłam kołdrą. Wtuliłam głowę w poduszkę próbując o tym wszystkim zapomnieć. Jutro będzie nowy dzień. Po prostu następnym razem nie będę wracać nieciekawymi uliczkami. Powtarzałam sobie , że wszystko jest w porządku aż w końcu usnęłam.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)